Syria. Co po upadku reżimu?

Syria. Gdy pisałam wstępny szkic tego tekstu ledwo tydzień temu, sytuacja tego kraju wyglądała zupełnie inaczej. Dziś jestem spokojniejsza, choć nadal leje się tam krew. Jaki będzie finał tego konfliktu? Czy ktoś zastanawia się, co stałoby się, gdyby "reżim" w Syrii upadł? Świat zachodni czeka na to z niecierpliwością. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że jeżeli doszłoby do jego upadku, Max-Kolonko miałby prawdziwy powód, żeby kręcić swoje filmy o ekspansji islamu na świat.

Kwiat Syrii ginie. Liczbę 105 tys. trudno sobie wyobrazić, a tyle roślin ścięto: niektóre nawet nie wypuściły pąków. Jak na razie, to trzeci – po wojnie w Demokratycznej Republice Konga i Liberii, najbardziej krwawy konflikt XXI wieku. Milczeniem pominąć można okrucieństwo obu jego stron. Gwałty, podpalenia, rabunki, tortury, broń chemiczna - to syryjska codzienność. Rząd prezydenta Baszara al-Asada – obecnie zwany wyłącznie reżimem - walczy o przetrwanie. Wspiera go armia, mniejszości etniczne.



Na arenie międzynarodowej – Rosja i Chiny, które od początku konfliktu wrzucają tam własne zasoby. Według dzielnych zachodnich mediów, reżim od początku konfliktu jest „be”, choć panuje od wielu lat i społeczności międzynarodowej wcześniej jakoś nie przeszkadzał. Oficjalną przyczyną niepopierania go są kult jednostki i „łamanie praw człowieka”. Nieoficjalną przyczyną o której nikt głośno nie powie jest to, że Stany Zjednoczone od dawna szlag trafiał, bo politykę Asada w stosunku do tego kraju cechowała niezależność. Przykład: Syria zaplanowała sobie budowę rurociągu z Iranu przez Irak, co „trochę” motało interesy zachodnich koncernów naftowych. Jak wybuchł konflikt, Stany wiele dobra dostrzegały w powstańcach, walczących z prezydentem. Przejawiało się to w organizowaniu dla zwalczanej w innych okolicznościach Al-Kaidy dwutygodniowych kursów z zakresu obsługi broni o małym i średnim zasięgu, moździerzy i granatników rakietowych.

Kursy dały radę. Wśród powstańców powoli przewagę zaczęli brać islamscy fanatycy, związani właśnie z Al-Kaidą, która w panującym chaosie znalazła znakomite warunki, żeby się rozwijać. Prócz Ameryki, powstańców wspierają Arabia Saudyjska i inne małe państewka Zatoki Perskiej. Dozbraja ich Katar, który na planach Syrii straciłby co najmniej tak samo dużo, jak Stany. W ten sposób leżące nad Morzem Śródziemnym, praktycznie u drzwi Europy państewko rozkładem sił zaczęło przypominać odległy Afganistan, z lat 80 zeszłego wieku.

Obama wahał się przed użyciem siły, choć mnóstwo ludzi chciało, żeby już wsparł cudowną i jedynie słuszną ideę demokracji. Decyzję co do tego kroku, prezydent zrzucał na Kongres. Dlaczego? Może sytuacja rozwinęła się w kierunku, który ekonomicznie się Ameryce nie opłacał, a nawet - na dłuższa metę jej szkodził? Może chciał upewnić sam siebie, że ma rację? A moze obawiał się amerykańskiej opinii publicznej? Która - co przyjęłam z pewną satysfakcją - wcale tak znowu nie sekunduje siłowym ingerencjom Stanów w tamtym regionie...

Popatrzmy: jak w Syrii wybuchła arabska wiosna i powstanie przeciwko Al Asadowi, zarówno Stanom, jak Wielkiej Brytanii czy Izraelowi było ono na rękę. Zachód zakładał, że na miejsce niepokornego syryjskiego prezydenta wskoczy jakiś inny przywódca, bardziej uległy w stosunku do ich polityki, bardziej sterowny. Wzięłoby się go wtedy pod buta i cześć. Tymczasem wszystko potoczyło się zupełnie inaczej: owszem, przez pewien czas wygrywali powstańcy. Ale jacy! Ci, wśród których najwięcej do powiedzenia mają fanatycy religijni. Zapowiadali i zapowiadają, że ustanowią w Syrii kalifat i wprowadzą prawo koraniczne. Głośno mówią o tym, że będą walczyć także jak reżim upadnie, dopóki nie osiągną celu, jaki sobie założyli. Wśród nich szczególnie wyróżniają się islamiści, działający z ramienia nieistniejącego już ugrupowania Dżabhat al-Nusra, czyli Frontu Obrony Ludności Lewantu.

W grudniu zeszłego roku USA wpisała grupę na listę ugrupowań terrorystycznych, uznając ich za iracką Al-Kaidę. Według ekspertów z Londynu, faktycznie tym właśnie byli. Odłamem dowodził Jordańczyk Abu Musab al-Zarkawi, który zginął w 2006 r. Przed śmiercią organizował zamachy na Amerykanów i szyitów oraz innych nie wyznających islamu. W stworzonej przez niego frakcji było wielu Syryjczyków. To dlatego - kiedy w ich ojczystym kraju wybuchła rebelia przeciw reżimowi Asada, po prostu wrócili do domu. Do tego wszystkiego w lutym zeszłego roku Ajman al-Zawahiri - przywódca Al-Kaidy wykorzystał śmierć Ben Ladena i nakazał muzułmanom wesprzeć syryjską rebelię. Dżihadyści posłuchali i przerzucili się do Syrii. We Froncie Obrony prawdopodobnie walczyli i walczą ludzie Zarkawiego. Przywódca ruchu działa pod pseudonimem Abu Muhammed al-Golani. 10 kwietnia tego roku przyrzekł lojalność Ajmanowi az-Zawahiriemu, szefowi Al-Kaidy. Jednocześnie przyznał się do przeprowadzenia licznych zamachów na reżim Asada. Bojownicy Frontu oficjalnie ogłosili, że są odgałęzieniem Islamskiego Państwa w Iraku. Ponadto Al-Golani i lider tegoż właśnie Islamskiego Państwa w Iraku Abu Bakr al-Bagdadi ogłosili fuzję obu ugrupowań, nowy twór nazywając Islamskim Państwem w Iraku i Lewancie (ISIS).

To, co się stało, nie spodobało się przywódcy Al-Kaidy, który nazwał tę decyzję błędem i anulował ją w czerwcu. Al-Bagdadi wypiął się na niego i 15 czerwca ogłosił, że oba podmioty nadal będą jedną organizacją o tej samej nazwie, walczącą przeciwko Basszszarowi al-Assadowi, żeby wprowadzić kalifat islamski. ISIS strzelało nie tylko do przeciwników prezydenta: zwalczało także działającą w opozycji Wolną Armię Syrii. Zachodnie media wyinterpretowały z tego wniosek, że syryjscy rebelianci zaczynają walczyć sami ze sobą. Zabrzmiało to jakby byli oni niezorganizowanymi idiotami. Taki obraz jest nieprawdziwy: ISIS jest osobnym tworem, który w konflikt wdał się pośrednio zaproszony przez Amerykanów. Obecnie załatwia swoje interesy dalekie od jakiegokolwiek „reżimu”, który obalić chciały Stany.

11 lipca zabito Kamala Hamianiego z Najwyższej Rady Wojskowej Wolnej Armii Syrii, który był jedną z najważniejszych w armii postaci. To przekształciło cały konflikt o podłożu politycznym w wojnę domową na granicy polityki i religii, która zupełnie wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli: tego Stany nie przewidziały. Opętani wypaczoną „religią pokoju” wariaci z bronią to jednak gorsze zło niż reżim Assada i Obama tkwi teraz w przysłowiowej kropce, bo puścił w świat obraz tego konfliktu taki, jakiego potrzebował, obiecał interwencję po „przekroczeniu czerwonej linii”, zaangażował swoje siły by wsparły w walce syryjską opozycję, a w pewnym momencie zupełnie stracił kontrolę nad tym, co sam zaplanował. I nawet tego nie zauważył.

ISIS to małe ugrupowanie, ale świetnie wyszkolone i posiadające dobry arsenał, podobno posiada nawet rakiety przeciwlotnicze. Jego członkowie specjalizują się w zamachach samobójczych z użyciem samochodów pułapek. W licznych atakach tego typu dokonywanych na ulicach Damaszku i Aleppo zginęły dziesiątki niewinnych cywilów. Jeńcom i osobom uznanym za niewiernych lub zdrajców, islamiści ścinają głowy. W tej chwili w Syrii o swojego boga walczą mudżahedini chyba z całego świata islamu: Czeczeni, Ujgurowie z Chin, Jordańczycy, salafici z Afryki Północnej i oczywiście Syryjczycy. Na początku bojownicy byli szczególnie silni na północy: wokół Aleppo i Idlib, teraz dobrze radzą sobie tuż obok okupowanych przez Izrael wzgórz Golan: po raz pierwszy tak blisko Żydów. Jak ich zaczepią, wybuchnie wojna, która obejmie cały Bliski Wschód. Próby wyparcia islamistów z południa i izolowania ich w północnej części Syrii nie wyszły.

Gdyby upadł Asad, u bram Europy rozpocząć się może niezwykle krwawa wojna na tle religijnym i etnicznym, która rozleje się nie wiadomo w którym kierunku. Z czym kojarzy mi się obecna sytuacja w Syrii? Z największą porażką w historii ONZ, czyli ludobójstwem w Rwandzie, gdzie dwa żyjące ze sobą w zgodzie plemiona Tutsi i Hutu poróżnili i napuścili na siebie biali, nie reagując potem na rozwój sytuacji. Różnica: Interhamwe szkolili Francuzi, a Al-Kaidę walczyć uczą Amerykanie. Wszystko wskazuje na to, że na naszych oczach od pewnego czasu dzieje się druga spektakularna porażka w historii tej organizacji. 2 września Syria poprosiła ONZ o pomoc. Nie chciała, żeby na jej terenie Amerykanie mącili bardziej, niż dotychczas. Baszar Dżafari - syryjski ambasador przy organizacji, wezwał ją do „utrzymania swojej roli jako zaworu bezpieczeństwa, który ma zapobiec absurdalnemu użyciu siły poza ramami międzynarodowej legitymacji". Waszyngtonowi ambasador słusznie zasugerował, że powinien „grać swoją rolę jako sponsor pokoju i partner Rosji w przygotowaniach do międzynarodowej konferencji, a nie jako państwo, które używa siły wobec każdego, kto sprzeciwia się jego polityce”. Czy ten sam Waszyngton ma pomysł na to, co zrobić w Syrii, gdyby faktycznie upadł „reżim” i kraj wszedłby w posiadanie islamskich bojówek? Wydaje się, że nie.

Cała nadzieja jeszcze tydzień temu tkwiła w Kongresmenach, którzy mogli wyperswadować prezydentowi zbrojną interwencję. Dziś poprzesuwały sie akcenty, a ton rozmowom na szczycie zaczęła nadawać Rosja. Niespecjalnie ufam temu krajowi i jego polityce międzynarodowej, ale nie pozostaje nic innego, jak brać ich działania za dobrą monetę, choć im koniec tej wojny się zwyczajnie nie kalkuluje.
Trwa ładowanie komentarzy...