O autorze
Rocznik 1983, filolog, prawnik in spe. Jak się poirytuję, bywam publicystą.

Winne zatarcie, czy zła rekrutacja?

W złą stronę idzie dyskusja wokół reportażu Mariusza Szczygła, który dziś (reportaż, nie Szczygieł) zepsuł mi dzień. Instytucja zatarcia musi funkcjonować. Wnet okaże się bowiem, że wszyscy jesteśmy umoczeni. Niech sobie niektórzy karniści mówią, że jest „naiwna”. Moim zdaniem jest niezbędna, jeżeli uznajemy Zakłady Karne za miejsca, które gwarantują spłacenie długu wobec społeczeństwa, które karzą i wychowują. Kobieta siedziała w więzieniu, wyszła z niego, odczekała lata, zbrodnia się zatarła. Ktoś ją przyjął do pracy, bo takie były wtedy czasy, że ukończone studia jeszcze tę pracę gwarantowały. I żyła, widocznie była „dobra”. Uczyła. Problemem, którego nikt dotąd nie podniósł, jest zidiociały system przyjmowania do pracy z młodzieżą i dziećmi.

Za czasów gdy – niech będzie – Ewa T. (choć wszyscy znają już jej nazwisko, imię, adres a nawet numer telefonu, bo daje korki z fizyki –35 zeta za godzinę), zakatowała swojego pasierba, nie prowadzono badań psychicznych, nie sprawdzano poczytalności. Skazywano ich i cześć. Przy przyjęciu do pracy także nie sprawdzano szczególnych predyspozycji do wykonywania takiego, czy innego zawodu.



A Pani „Ewa T.” jak dla mnie jest ewidentnie zaburzona: nie jestem w stanie podać szczegółów, bo ani ze mnie psychiatra ani docent psychologii, ale z tekstu jaki dziś w pełnej wersji przeczytałam w DF-ie i ze skanu reportażu z 1981 roku, wyłania się obraz kobiety co prawda nie pogrążonej w obłędzie, ale stąpającej po bardzo cienkiej granicy między normą a psychicznym zaburzeniem. Chore regulaminy pisane dla uczniów, obłęd religijny, kult czystości i trauma z dzieciństwa. Nawet praca magisterska z teologii, którą pisała o Jezusie jako Synu Ojca, który nie kieruje się miłością, tylko władzą: interpretacja dopuszczalna, ale dająca do myślenia w kontekście tego, co zrobiła. Zawodowo „Ewa T.” ledwo się hamowała, bo wiedziała co ma do stracenia.

I bezawaryjnie przepracowała kolejne lata, choć młodzież bankowo jej nie znosiła. Przypadkiem nie zatłukła nikogo na śmierć, w zamian mówiąc młodzieży, że Bóg ich kocha i trzepiąc jedynki do dziennika. Dlaczego? Bo na to pozwolił jej proces rekrutacyjny, proponowany dla kadry nauczycielskiej. „Ewa T.” wysłała komplet dokumentów, które sprawdzono. Wymieniła swoje doświadczenie, ewentualne zawodowe sukcesy, załączyła dowód osobisty, kserokopię dyplomu, podbitą przez dyrektora szkoły za zgodność z oryginałem, jakieś skrypty, plany rozwoju zawodowego. Przeprowadzono rozmowę, może dwie. Mogła zostać poproszona o odnowienie kursów pedagogicznych. Zbrodnia zatarta, chwalić się nią nie miała obowiązku, prawo nie złamane, czyli może nauczać.

O stan psychiczny, osobowość, predyspozycje do pracy z młodzieżą nikt nie pytał, bo i po co: tak jest do dziś. Opisany system rekrutacyjny działa, a czasy są coraz ciekawsze. Zwłaszcza, że na studia nauczycielskie - prócz garstki tych, którzy kończą je z powołania, idą setki osób, które w wieku dziewiętnastu lat, gdy trzeba wybrać, nie mają na siebie pomysłu. Często ci, którzy kierują się tym, że „coś trzeba studiować, a ta uczelnia jest najbliżej wsi”. Niektórzy potem dostają pracę w szkole. Często po znajomości. Kształtują młode pokolenia, dają im wiedzę, wpajają „wartości.” Wychowują. Ba, niektórzy zostają nawet ekspertami MEN-u!

Nie wykluczam, że osoba niewidoma może skompletować ładny kolorystycznie ubiór do pracy. Ale to przypadkowe. Przypuszczam, że tak samo rzadkie jest wyuczenie Iksińskiego na przyzwoitego, normalnego człowieka, skoro przyucza go wariat, czy osoba nawet nie chora psychicznie, ale zaburzona: jej defekt psychiczny wystarczy. Teoretycznie taki stan rzeczy jest możliwy, co udowadnia reportaż z DF-u. Więc jeżeli minister Szumilas postuluje zmiany w prawie, to rozumiem, że chodzi jej o prawo oświatowe, dział związany z rekrutacją młodej kadry nauczycielskiej. Nie o dobrze skonstruowane "zatarcie".
Trwa ładowanie komentarzy...